W Wielki Piątek wieczorem najważniejszym naszym aktem jest adoracja Krzyża. Bardzo wieloma znakami pomagamy sobie przy tej adoracji, myślę bardzo wartym powiedzenia jest to, żeby do adoracji Krzyża zdjąć buty i podchodzić boso w takim poczuciu, że dotykamy jakiejś wielkiej świętości i że miejsce, na którym Krzyż jest postawiony, jest miejscem świętym.

Kiedy w Wielki Piątek Kościół wzywa nas do pocałowania Krzyża, to wzywa nas do pocałowania Krzyża Chrystusowego, ale też własnego. I to jest to, co jest bardzo trudne do wykonania – pocałować własny Krzyż. Myślę, że czujemy w sobie poważny opór w ogóle przeciwko takiemu myśleniu. Prawda jest taka, że przed Krzyżem człowiek powinien uciekać dokądkolwiek może, ale są takie sytuacje, kiedy nie może uciec i wtedy jest pytanie, czy potrafi Krzyż pocałować.

My możemy ucałować Krzyż wyłącznie dlatego, że wiemy, że Chrystus zmartwychwstał. Dlatego, że Chrystus zmartwychwstał, dlatego mogę pocałować swój własny Krzyż, bo odkrywam, że śmierć, którą ponoszę wtedy, kiedy jestem ukrzyżowany, jest przejściem do życia, które jest życiem z Chrystusem w Bogu – jest właśnie życiem wiecznym.

My się lękamy Krzyża w takim poczuciu, że Krzyż nas zabije, natomiast może się okazać, że Krzyż jest bramą do życia. Całuję Krzyż, bo wiem, że Jezus Chrystus zmartwychwstał. Gdyby Jezus Chrystus nie zmartwychwstał nie potrafiłbym pocałować własnego Krzyża. Wtedy też całowanie Krzyża Chrystusowego byłoby takim aktem bardzo sentymentalnym; pytanie, czy jeszcze byłoby czymś więcej niż tylko emocją, uczuciem – a nie o to chodzi w Liturgii.