O tym, kto dał Janowi Kowalskiemu prawo cenzurowania nauczania papieskiego, i o bagnie, z którego Bóg wyciągał swój Kościół, opowiada abp Grzegorz Ryś.

Marcin Jakimowicz: Co by się stało, gdyby papież Franciszek ucałował Koran?

Abp Grzegorz Ryś: Ci, którzy go nieustannie krytykują, dalej by go krytykowali, a ci, którzy pokazują go jako pasterza, robiliby to w dalszym ciągu. Niestety, mam wrażenie, że chwila jest taka, że nikt nie spytałby papieża, co ma na myśli. Każdy ma już własne przekonania…

14 maja 1999 r. w obecności muzułmańskich dostojników zrobił to Jan Paweł II. Może więc uznać go za heretyka, a nie czekać – jak proponuje episkopat – na ogłoszenie doktorem Kościoła i patronem Europy?

Niektórzy już to zrobili – w internecie… Pytanie jest zadziorne, ale ważne: Jan Paweł II jest kanonizowany, a kanonizacja jest uroczystym (czyli nieomylnym) aktem nauczania papieskiego, więc nie jest tak prosto, jak postulują niektóre środowiska, „odwołać” kanonizację.

Znajomy powiedział o ucałowaniu Koranu, że nawet święci się mylą.

Nie pamiętam, żeby Jan Paweł II wycofał się z tego gestu czy za niego przepraszał. A przepraszał za wiele rzeczy…

8 sierpnia 1985 r. nad jeziorem Togo w świętym gaju animistów dokonał pogańskiego rytuału kultu, skrapiając ziemię mieszaniną mąki i wody. Kolejna zdrada… A pół roku później w indyjskim Madrasie na jego czole namalowano tilak: znak boga Sziwy. Ktoś zapyta: po co te szopki, a ktoś inny ogłosi, że Jan Paweł II był apostatą.

Inne religie istniały przed chrześcijaństwem – pamiętajmy o tym. Gdy misjonarze przychodzili do Polan czy Wiślan, to próbowali wejść z nimi w oparty na szacunku dialog. Również na poziomie ich przekonań religijnych. Alternatywą jest siłowe, radykalne wycięcie ich symboli i zafundowanie nowych, kompletnie im obcych. Każda ewangelizacja jest dialogiem z człowiekiem, również na poziomie jego wcześniejszych religijnych doświadczeń i poglądów. W innych religiach, które nie mają pełni objawienia, istnieją semina veritatis – ziarna prawdy. Jan Paweł II czy obecnie Franciszek byli oskarżani o synkretyzm religijny. Oskarżenie równie poważne co nieprawdziwe! To nie żaden synkretyzm, tylko próba znalezienia w przekonaniach religijnych drugiego człowieka punktu wyjścia do ogłoszenia mu Ewangelii. Każda inna postawa grozi obcością kulturową i niezrozumieniem. Można każdemu eksportować Ewangelię razem z własną kulturą, tylko pytanie, czy jest to uczciwe i czy o to chodzi w ewangelizacji.

Zrobiłem eksperyment. Napisałem: „Z drogi ekumenizmu nie ma odwrotu”. Wylała się wielka fala hejtu i warczących komentarzy. Gdy dopisałem: „powiedział Jan Paweł II w 1997 r. we Wrocławiu”, niektórzy kasowali komentarze.

I chwała Bogu! Przynajmniej tyle… Zapewne nad Wisłą otwarty atak na Jana Pawła II ciągle się jeszcze nie opłaca. Tyle tylko, że w omawianej kwestii nie chodzi o to, czy jest atakowany Jan Paweł czy Franciszek. To atak na Pana Jezusa i negowanie działania Ducha Świętego w Kościele. Jeśli Jezus tuż przed śmiercią w swym fundamentalnym, duchowym testamencie modlił się o jedność Kościoła, a Duch Święty wzbudza w Kościele pragnienie jedności, to opór stawiany ekumenizmowi jest oporem stawianym Duchowi Świętemu. Nie Soborowi Watykańskiemu II, Janowi Pawłowi II, Franciszkowi. Najłatwiej ustawić sobie przeciwnika do bicia na sobie właściwym poziomie. Ale to nie jest ten poziom.

Skąd się bierze ta histeria? Znajomy, widząc uśmiechniętą twarz Franciszka, rzucił: „Małpa!”. Jakoś dziwnie nie przeszkadzał mu słynny gest Jana Pawła II – „okularków” uczynionych z dłoni… Co wolno Janowi Pawłowi, to nie Franciszkowi? Wszystko zależy od intencji, z jaką przystępuję do lektury dokumentów?

Myślę, że problem polega na tym, że nie ma tej lektury. Są uprzedzenia. Jako biskup pomocniczy krakowski wziąłem do Rzymu 24 nowo wyświęconych diakonów. Byliśmy też na środowej audiencji i mieliśmy szansę podejść do Ojca Świętego. Właściwie to on podszedł do nas. „Tłumacz” – poprosił mnie. I powiedział genialną siedmiominutową katechezę o kapłaństwie. Przepiękne słowo o tym, co ich czeka w kapłaństwie. Zrobił sobie z nami zdjęcie i odszedł. I wtedy usłyszałem zdumione: „To on jednak kocha księży?”. I to nie jest wina tych diakonów, ale tych wszystkich, którzy tłukli im do głowy, że Franciszek nienawidzi duchownych. Nie wiem, czy był papież przed Franciszkiem, który duchownym w czasie roku jubileuszowego głosił osobiście rekolekcje. Przez cały dzień. A że jego słowo jest wymagające, najłatwiej jest mu przyprawić „gębę”, która nie ma nic wspólnego z twarzą. W Polsce nie ma Franciszka. Są jego klisze.

A nie jest Ksiądz Arcybiskup zmęczony tłumaczeniem, „co papież miał na myśli”?

Ależ ja od tego jestem! Od tego są od wieków biskupi, by tłumaczyć, „co papieże mają na myśli”. Naszą misją jest nauczać w jedności z Piotrem. Niebezpieczne jest to, że zaczęliśmy odwracać proporcje. W Kościele obowiązuje posłuszeństwo papieżowi, a nie Rysiowi. Papieżowi przyrzekamy posłuszeństwo wiary – także wtedy, kiedy nie naucza ex cathedra. Nie wiem, skąd bierze się u wielu gotowość do recenzowania wszystkiego, co papież mówi i robi. Kto im dał takie prawo?

Jan Kowalski ogłasza na Face­booku: ten papież jest heretykiem.

Mówmy poważnie o poważnych rzeczach…

Znajomy mediewista w homiliach, w których jeden z kapłanów oskarżył papieża o herezję, znalazł kilka poważnych herezji.

„Herezja” to dzisiaj niezwykle popularne słowo… Herezja tu, herezja tam. A herezja jest uporczywym trwaniem w błędzie co do wiary. Za chwilę będziemy mieli tyle autorytatywnych wykładów wiary, ilu mamy kaznodziejów i publicystów. Wszystkim nam przydałoby się troszkę pokory…

Często w internetowych konferencjach słyszę: „Nigdy nie było tak źle”. Znajomi historycy Kościoła śmieją się, słysząc taką narrację. Który czas według Księdza Arcybiskupa był największym bagnem, w jakim pogrążył się Kościół?

Nie odważę się wymienić jednego zawirowania czy zakrętu. Można prześledzić całą historię Kościoła i zachwycić się tym, w jaki sposób – raz po raz – Bóg wyprowadzał go na prostą. Pierwszy bolesny zakręt? W połowie III wieku w trakcie krwawych prześladowań za Decjusza wielu chrześcijan zaparło się wiary i po raz pierwszy w dziejach Kościoła pojawiła się masowa apostazja. Poważnym wyzwaniem były wieki XII i XIII – czas radykalnych „ruchów ubogich” – i odpowiedź, którą przynieśli pospołu Franciszek, Dominik i papież Innocenty III (który zatwierdził ich funkcjonowanie w Kościele). Dramatycznym okresem był wiek XIV, kiedy w Kościele zachodnim doszło do schizmy. Najpierw było dwóch, potem trzech papieży, a biedni wierni kompletnie gubili się w tym, który z nich jest „ważny”. Sama zaś schizma była nie tyle przyczyną, ile objawem kryzysu konstrukcji Kościoła, zredukowanego do modelu „monarchii papieskiej”: maksymalnie scentralizowany Kościół przestaje być wspólnotą, komunią. Takie kryzysy dotykały Kościoła regularnie: reformacja, wojny religijne (aż po wojnę trzydziestoletnią), rewolucja francuska, wiek XIX, gdy tworzyła się liberalna Europa, a Kościół nie miał najmniejszego zamiaru podjęcia z nią jakiegokolwiek dialogu (kryzys ten zamknął dopiero Sobór Watykański II), tąpnięcia wieku XX… Można wymieniać i wymieniać, ale co z tego wynika? Każde pokolenie ma swoje wyzwania. Mogę się jedynie cieszyć tym, że skoro Pan Bóg okazał się mocniejszy w wiekach III, XV, XIX, i XX, dlaczego nie miałby być równie mocny i dziś? Dlaczego dziś nie miałby trzymać w dłoni swego Kościoła?

Gdy o. Leon Knabit powiedział mi przed miesiącem: „Słyszę, że ludzie martwią się o »ich Kościół«. A Biblia mówi wyraźnie: nie ma »mojego« czy »naszego« Kościoła. Jest Kościół Jezusa Chrystusa. O ile jestem Chrystusowy, o tyle spada we mnie poziom lęku i zamartwiania się”, niektórzy oskarżyli go o lekkomyślność…

To nie lekkomyślność, tylko zaufanie! I wiara w łaskę oraz Bożą obietnicę. Ale ona, uwaga, wcale nie daje nam prawa do jakiejś zuchwałej nadziei. Obietnica niesie za sobą wyzwanie: wróćcie do Tego, co rzeczywiście jest w Kościele źródłem mocy. Wróćcie do Jezusa. Każdy kryzys pozwala nam dokonywać pewnej diagnozy. O tyle w Kościele w Polsce jest kryzys, o ile zabraliśmy ten Kościół Jezusowi. Robienie „naszego” Kościoła zawsze skończy się kryzysem. I odwrotnie: każdy nasz powrót do Jezusa jest momentem, gdy On przejmuje nad Kościołem władzę i wyprowadza go z kryzysu. Zuchwała nadzieja to jeden z najcięższych grzechów. Indywidualnie polega on na tym, że grzeszysz z pewnością rozgrzeszenia, a społecznie, wspólnotowo – że rozwalasz Kościół, wierząc, że i tak „bramy piekielne go nie przemogą” i będzie istniał „na wieki wieków. Amen”. To są postawy niedopuszczalne.

Największą popularnością cieszą się internetowe katechezy oparte na lęku. Przyjście Jezusa przedstawiane jest nie jako mistyczna uczta Godów Baranka, ale ciąg kataklizmów. Katolicy nad Wisłą wolą słuchać o tym, co mówi demon w czasie egzorcyzmów (1,5 mln odsłon na YouTubie), niż opowieści o Bożej miłości.

Przedziwne… Po pierwsze jesteśmy od głoszenia dobrej, a nie złej nowiny. Po drugie, ten, kto powołuje się w nauczaniu na słowa demona, zapomniał chyba o tym, że Biblia określa złego ducha jako ojca kłamstwa („nie ma w nim prawdy”). Nie można zrobić niczego bardziej wątpliwego niż powoływanie się na szatana. Nie powinno nas interesować to, co wykrzyczy w czasie egzorcyzmów. Chociaż, na szczęście, takie nauczanie nie jest w Kościele powszechne, to jednak stanowi swoiście atrakcyjną pokusę: łatwo manipuluje się ludźmi za pomocą lęku. A sami odbiorcy wolą być straszeni niż zachęcani.

Z czego to wynika? Lubimy się bać?

Myślę, że to coś głębszego. Podświadomie lubimy słuchać katechez ukazujących całe zło świata, bo czujemy się przez nie usprawiedliwieni: „Zło jest wokół nas, a nie jest z nas”. To nauczanie, które zdejmuje z człowieka odpowiedzialność za zło. Pamiętam histerię i święte oburzenie na Tischnera, który powiedział, że nie spotkał ludzi, którzy stracili wiarę po lekturze pism Marksa i Engelsa, a spotkał takich, którzy stracili ją po rozmowie ze swoim proboszczem. Jaką furią zareagowali ludzie! To łatwe rozwiązanie: za wszystkie zło świata odpowiada komunizm, socjalizm…

…i inne -izmy.

Jeśli zło wpisane jest wyłącznie w zewnętrzne struktury, to w efekcie pozostaję wobec niego bezradny. Zupełnie inaczej wygląda to, gdy uświadomię sobie, że ja również za nie odpowiadam. A jeśli zło zależy także ode mnie, to mogę coś z nim zrobić. Przybiec z nim do Jezusa i zawołać: „Ratuj!”. Na jednym ze spotkań w Rosji osobisty doradca patriarchy Cyryla opowiadał o tym, że depresja w tym kraju dotyka niemal 80 proc. ludności. Porażająca statystyka. Dlaczego? Bo – jak twierdził współpracownik patriarchy – przez całe lata w Rosji nie wolno było używać kategorii grzechu. Nie wolno było o nim mówić (nawiasem mówiąc, w Polsce co chwilę słyszę, że Kościół nauczający o grzechu wpędza ludzi w depresję). W Rosji usłyszałem: jest odwrotnie. Jeśli pokazujesz ludziom, że zło jest ponad nimi, obok nich, że nie są za nie odpowiedzialni, to jedyne, co mogą zrobić, to się mu bezradnie poddać. Ale jeśli ja również w jakimś stopniu za nie odpowiadam, to mogę się z nim realnie zmierzyć. I nie jestem bezradny.

____________

Źródło: gosc.pl