Ostatnie spotkanie z cyklu Credo dotyczyło wiary w życie wieczne. Na scenie gościliśmy dwóch polskich biskupów – Edwarda Dajczaka, ordynariusza diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej oraz Grzegorza Rysia, Przewodniczącego Zespołu KEP ds. Nowej Ewangelizacji.

Pierwszy z nich zaczął od optymistycznych wieści, że nasze życie ma początek, ale nigdy się nie kończy. Niezależnie od tego jakie jest. Pismo Święte mówi nam, że na ziemi widzimy tak, jak się widzi w zwierciadle. W niebie będziemy widzieć Boga takim, jakim jest.
Następnie biskup przytoczył słowa z dwudziestego pierwszego rozdziału Apokalipsy św. Jana, w których czytamy o Świętym Mieście Jeruzalem. To jest ten świat, do którego zaprasza nas Bóg. Jak tam się przedostać? Jezus mówi: Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem. W liście do Rzymian jest bardzo ważny klucz. W szóstym rozdziale czytamy: Czyż nie wiecie, że my wszyscy, którzy zostaliśmy ochrzczeni w Jezusie Chrystusie, zostaliśmy ochrzczeni w Jego śmierci?

A świadectwo jest takie: że Bóg dał nam życie wieczne, a to życie jest w Jego Synu. Te słowa Pan nam podarował, żebyśmy potrafili spojrzeć na siebie i na świat z takiej perspektywy. Teraz trochę konkretnej sytuacji egzystencjalnej. Byłem na spotkaniu w małym miasteczku mojej diecezji. Siedziałem obok człowieka, który w Województwie Pomorskim jest Prezesem Stowarzyszenia Żołnierze Armii Krajowej. Działał od piętnastego roku życia i powiedział mi: Jestem jednym z najmłodszych i teraz przeszedł taki czas, kiedy ciągle kogoś żegnam. Jeżdżę na pogrzeby. Niektórzy z naszych są niestety niewierzący, a później dodał – to są strasznie smutne uroczystości. Ludzie, którzy od wczesnej młodości poświęcali swoje życie, w całym własnym programie i w całej wizji, wstępują w nicość. Na jednym z takich pogrzebów stał obok niego pewien człowiek – również niewierzący. Powiedział: Po co to wszystko było. To mała urna z popiołem, nic więcej.

To są dwie perspektywy, jedna wymalowana przez Boga w Piśmie Świętym, którą ciągle należy kontemplować, czyniąc tę perspektywę swoją. Życie wieczne jest w Chrystusie, to w Nim jest nadzieja. Jesteśmy po Mszy Świętej, karmiliśmy się Zmartwychwstałym Jezusem. Przenikał nasze ciało, naszą krew. To On nas czyni nieśmiertelnymi.  Odkrywajmy to przez kontemplację, Pan będzie nam to dawał.

Apostoł Paweł mówi, że razem z Jezusem został ukrzyżowany do krzyża, a przecież Paweł nie był ukrzyżowany fizycznie. Chodzi o sposób życia, który daje nadzieję.

Sięgnę do chwili bardzo odległej. W czerwcu otrzymałem święcenia, a scena odgrywa się we wrześniu. To było na mojej pierwszej parafii. Namaściłem nieprzytomną już kobietę i szedłem korytarzem szpitalnym. Zatrzymał mnie mężczyzna, który poprosił, abym poszedł do człowieka, który tego potrzebuje. Kiedy wszedłem, zobaczyłem bardzo wychudzonego mężczyznę. Spojrzał na mnie i powiedział: Nic ksiądz nie zrozumie, jest ksiądz za młody. Wyciągnął ręce i powiedział, że przez siedemdziesiąt pięć lat krzywdził ludzi. Zapytałem wprost lekarza i powiedział, że temu człowiekowi został tydzień życia. Mężczyzna pytał: Co mi ksiądz powie, co ja mam zrobić?  Rzeczywiście, nie wiedziałem od czego zacząć. Jęknąłem o światło Ducha Świętego. Usiadłem obok na łóżku, a on chwycił mnie za ręce. Odtwarzałem z pamięci fragmenty z Pisma Świętego i nie komentowałem. Mówiłem słowa Ewangelistów. W pewnym momencie powiedział: Przebaczam. Chce mi ksiądz powiedzieć, że mam nadzieję?  Odpowiedziałem: Tak, ale to są słowa Jezusa, nie moje. Poprosił, abym przyszedł następnego dnia rano, potrzebował jeszcze jednej nocy. Przez sześć następnych dni, po spowiedzi, przynosiłem mu Jezusa, a on ciągle był uśmiechnięty. Odszedł bardzo spokojnie z nadzieją. To jest Rok Miłosierdzia, taki jest Jezus – Życie Wieczne.

Później na scenie przywitaliśmy bp. Grzegorza Rysia, który również zaczął od historii. Na mojej pierwszej i jedynej parafii w życiu, uczyłem religii w podstawówce. Był tam chłopak, który wydawał się niesamowity. Zawsze przygotowany, taki prymus. Mniej więcej koło lutego zauważyłem, że musiało zdarzyć się coś złego. Nie przychodził albo zupełnie nie myślał o szkole. Spytałem, co się dzieje, a on odpowiedział, że jego ukochany dziadek umiera na raka. Wiedział też, że nie był u spowiedzi jakieś dwadzieścia lat. Byłem zdumiony, że dziecko jest przerażone tym, że dziadek nie był u spowiedzi. Powiedziałem: Módl się za dziadka. Tak doszliśmy do czerwca i któregoś dnia przybiegł na plebanię i wykrzyczał, że dziadek mnie woła.Byłem wtedy dwanaście miesięcy kapłanem, zaproponowałem, że pójdziemy po proboszcza, ale on zawziął się, że nie. Wziąłem Jezusa i poszedłem. On się wyspowiadał, jako pokutę wspólnie zmówiliśmy Ojcze nasz. Wiedziałem, że muszę z nim ją odmówić. To była ostatnia rzecz, jaką w życiu powiedział, ponieważ stracił mowę. Umarł jakiś tydzień później. Mam w głowie to, że ostatnimi słowami była pokuta zadana przeze mnie. Potem odbył się pogrzeb i to był najbardziej uroczysty pogrzeb jaki odprawiałem. Śpiewałem na nim wszystko. Potem ten chłopak przyniósł mi kryształ i powiedział, że dziadek zapisał mi go w testamencie. Jest kiczowaty, ale nigdy nikomu go nie dam. Nie mogę się z nim rozstać. To był pierwszy moment, w którym odkryłem, o co chodzi w życiu wiecznym.

Drugi moment, kiedy pomyślałem o życiu wiecznym związany jest z czasem, kiedy we Włoszech było trzęsienie ziemi. Jakieś dwa miesiące później byłem tam, niedaleko Asyżu i kiedy poszedłem do świątyni, nie zastałem fresków, ponieważ spadły na ziemię. Później chciałem zobaczyć mój ulubiony obraz „Zwiastowanie”, wszedłem i go nie było. Jak to jest możliwe – myślałem – Giotto malował te freski, później o nie dbano, przychodzi minuta i to wszystko znika. Zapytałem wtedy, czy jest coś, co trwa wiecznie. Gdzie jest jakaś rzeczywistość czy miejsce, gdzie to trwa. To jest też pytanie, co z tego co ja robię, ma trwałość wieczną. Nie chcę na nie odpowiadać, ale wolałbym, żebyście mieli je w sobie. Co z tego, co w życiu robicie i za czym gonicie, czemu poświęcacie energię, ma trwałość wieczną. Wiele razy spotkałem w życiu ludzi, którzy żałowali, że byli dobrzy. Często słyszałem: Proszę księdza, poświęcam mu wszystkie moje siły. Wybaczyłem mu siedemdziesiąt siedem razy. Wszystko co mogę, daję jemu, a on ma to w nosie.

Życie wieczne jest już teraz, albo w ogóle go nie ma. Życie wieczne nie jest po śmierci. Kiedyś słyszałem takie kazanie na pogrzebie, że trumna nie jest żadnym progiem. Progiem jest chrzest. Poczytajcie Ewangelię Jana, rozdział szósty, a później całą mowę od trzynastego do siedemnastego rozdziału o ostatniej wieczerzy. Za każdym razem Jezus mówi w czasie teraźniejszym. Nie mówi:  „będziesz miał życie wieczne”, ale „masz życie wieczne”.  To piękna obietnica, że teraz mam życie wieczne. Jezus mówi też o słuchaniu Jego Słowa, o wypełnianiu go i zapewnia, że przez to mamy życie wieczne.

Życie wieczne to nie jest tylko życie bez końca. Nie liczy się długość, ale jakość. Ta jakość, to jest życie Boga. Od św. Jana wiemy, że życie Boga to miłość. Do końca jednak, kiedy mówimy o życiu wiecznym, poruszamy się po omacku. Może nie musimy wiedzieć, co to jest. Jezus nie mówił o tym wykładu, ale wyraźnie powiedział, gdzie mogę je otrzymać. W Eucharystii, w Słowie, w Kościele, trwając w Nim. Jak mówię, że wierzę w życie wieczne, to konsekwentnie bywam w tych miejscach. Chcę je brać w siebie. Wierzę, że kiedy Jezus mówi, żebym spożywał Jego Ciało i pił Jego Krew, chodzi o coś znacznie więcej niż pobożny obrzęd.